Matka (nie)idealna

Zanim urodził się młody, zastanawiałam się jaką będę mamą. Nigdy nie rozpływałam się zbytnio nad małymi dziećmi. Nie byłam z tych nastolatek, które bawią się w nianie, żeby sobie dorobić. Z dwojga złego wolałam już sprzątać po domach, choć sprzątania nigdy nie lubiłam.

Pamiętam, że w ciąży bałam się, czy pokocham tego małego człowieka, którego noszę w sobie, czy zwariuję na jego punkcie jak inne młode mamy, jaka będę, czy poradzę sobie w nowej roli, czy podołam.

I urodził się on. Najpiękniejszy mały człowieczek, jakiego w życiu widziałam. Skradł moje serce w ułamku sekundy, zajmując w nim więcej miejsca niż myślałam, że mam. Najcudowniejszy, najpiękniejszy i idealny.

Pierwsze kilka miesięcy toczyły się u nas nieustanne walki. Najpierw o laktację i o to, aby młody nauczył się właściwie jeść, potem okazało się, że ma coś nie tak z napięciem i znowu było bieganie po lekarzach, rehabilitantach i inne takie. Było ciężko, ale dalej był najsłodszym maluchem na świecie. Nie spał – jak to noworodki nie śpią, płakał – jak to noworodki płaczą – bo głodny, bo skok rozwojowy, bo zęby, bo za dużo bodźców, bo brzuszek boli. Początki nie były łatwe, ale brakowało mi sił i cierpliwości raczej w nocy, gdy wybudzał się bardzo często, gdy robił sobie dłuższe przerwy w spaniu. Był taki malutki, taki bezbronny, wybaczałam mu wszystko, gdy tylko uspokajał się w moich ramionach i najdelikatniej jak umiałam odkładałam go do łóżeczka.

Z czasem jednak coś się zmieniło. Myślę, że ta zmiana następowała powoli, wraz z jego rozwojem. Wszystkie nowe umiejętności zawsze witaliśmy z radością, szczególnie, że wiedzieliśmy, że w kwestii ruchowej może mieć większe trudności w rozwoju niż rówieśnicy.
Ale z każdą nową motoryczną umiejętnością szedł w parze rozwój intelektualny, przemiana ze słodkiego bobasa, który oprócz mojej obecności niewiele potrzebował, do małego dziecka, które coraz częściej wie czego chce. Najtrudniejsze jest jednak to, że wie też czego nie chce.

I tak dziś nasze maleństwo nie jest już takie malutkie. W nocy przeważnie śpi już ładnie, ale jeżeli zdarzy mu się nie spać, to nie ma szans zdrzemnąć się podczas słodkiego gaworzenia, bo teraz jest na etapie pierwszych słów, nowych, głośnych dźwięków, domagania się uwagi, oznajmiania niezadowolenia i coraz większej niezależności ruchowej. Jeżeli on nie śpi, to co najmniej jedno z nas też nie. Nie ma już możliwości trzymania go w ramionach i bujania jak kiedyś, aż się wyciszy. W ogóle na rękach utrzymać go nie jest łatwo, jeżeli akurat nie ma na to ochoty. Jeżeli jest głodny to nie płacze, grzecznie czekając w kołysce, ale wchodzi do kuchni gdy coś przygotowuję, chodzi między nogami, próbuje wejść na stołek i sięgnąć coś z blatu, potrafi ugryźć i głośno krzyczeć jak za długo czeka. Jak je i mu coś nie smakuje mówi “nie, nie” i macha głową czy rękoma i nie raz już wytrącił wszystko co miałam na łyżeczce, w misce, czy na talerzyku. Jak je coś sam i akurat ma ochotę to potrafi porozrzucać jedzenie po całym pokoju, chociaż jest dalej głodny. Tak, oczywiście, że powtarzamy mu, że jedzenie nie służy do rzucania i nie powinien tak robić. Gdy chce czytać książeczkę X, to musi być książeczka X, nie może być książeczka Y, bo na nią nie ma ochoty i koniec. Tak samo ma z zabawkami. Nie wystarczy mu powiedzieć raz, że czegoś nie wolno, nawet jeżeli tłumaczymy z jakiego powodu na coś nie pozwalamy. Dziesięć, czy pięćdziesiąt razy też raczej nie wystarcza. Pozostaje nam wiara w to, że w końcu zrozumie 🙂

Nakarmiony, przewinięty, ubrany a jęczy, piszczy, marudzi, ostatnio nawet się kłóci, nic mu nie pasuje. Chodzi za mną wszędzie a jak chcę wejść w toalety, to gdy zamykam drzwi zaczyna płakać rozpaczliwie. I co wtedy? Wkurzam się, brakuje mi cierpliwości, irytuje mnie to, że nie jest już tak łatwo. Czuję w sobie złość. Czasami mam ochotę ugryźć go, gdy mnie ugryzie, uszczypnąć, gdy mnie uszczypnie, przedrzeźniać, gdy jego reakcja na coś jest w moich oczach przesadna i oceniłabym ją jako dramatyzowanie. Czasami wkurza mnie tak strasznie, że mam ochotę wyjść z domu (sama) i trzasnąć drzwiami, albo zamknąć się przed nim w pokoju, założyć słuchawki na uszy, włączyć muzykę i nie zwracać uwagi na płacze i nawoływania…albo po prostu zrobić mu jakąś krzywdę, żeby już przestał w końcu.

Czy to znaczy, że przestałam go kochać? Nie, kocham go miłością jakiej nie znałam, zanim się nie pojawił. Rozpływam się, gdy podchodzi dać mi buziaka sam z własnej woli, cieszę się jak szalona, gdy udaje mu się coś nowego. Uwielbiam patrzeć na to jak sobie radzi, jaki jest mądry, jaki jest już duży i podziwiam to, jak niesamowicie zmienił się przez te kilkanaście miesięcy. Mogę się gapić na niego długimi godzinami gdy śpi i wąchać jego zapach, chociaż nie jest to już zapach noworodka. Tęsknię, gdy nie ma go obok. Czasami czuję zazdrość, gdy wybiera tatę zamiast mnie. Kocham go nad życie.
A jednak… jednak jest inaczej niż na samym początku.

I był taki czas, że miałam przez te moje odczucia olbrzymie wyrzuty sumienia. Bo co ze mnie za matka, skoro nie mam cierpliwości do takiego malucha. Przecież on nie ma nawet 1,5 roku! Co to w ogóle za chore myśli, które krążą po mojej głowie. Wstyd, wstyd, wstyd. Istna patologia. Powinnaś się wstydzić Daria i pokutować. Dobre matki, idealne matki tak nie mają. Są cierpliwe, nie puszczają im nerwy, nie podnoszą głosu, nie wściekają się na swoje dzieci.

Tylko, że te idealne matki, których obraz mamy w głowie nie istnieją. Kobieta, która staje się matką nie przestaje być człowiekiem. Dalej ma swoje potrzeby, wciąż ma granice swojej wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Może jej brakować sił, cierpliwości, ochoty na gotowanie, sprzątanie, wspólną zabawę, na podniesienie się z łóżka. Może mieć najzwyczajniej w świecie dość wszystkich i wszystkiego, to jest całkowicie normalne.

I to nie czyni z niej ani złej matki, ani złej kobiety, to potwierdza, że jest człowiekiem.

Nie, to nie znaczy też, że można się tym myślom poddać, zamienić je w czyn, że nie trzeba nic z nimi robić.

Znajdź sposób na rozładowanie złości – ja nauczyłam się na chwilę wychodzić z pokoju i głęboko oddychać. Jak jest naprawdę źle to napinam całe moje ciało i macham rękoma, żeby wyrzucić z siebie złość. Musi to wyglądać przekomicznie, ale jest skuteczne. Nawalanie poduszkami też mi pomaga, ale w ciąży wymaga za dużo wysiłku. 😉

Zauważyłam też, że znacznie lepiej znoszę zły humor, czy jęczenie młodego jak mam naładowane swoje akumulatory. Pamiętaj, więc też o tym, żeby zadbać o siebie. O swoje potrzeby. Wiem, że to bywa trudne, ale pranie, sprzątanie, gotowanie może poczekać. Gdy Twoje pociechy śpią, albo akurat ich nie ma w domu – weź kąpiel, zrób paznokcie, pomaluj się, pogadaj z przyjaciółką, poczytaj coś odstresowującego, obejrzyj odcinek serialu, zdrzemnij się. Czegokolwiek Ci brakuje zrób to. Stanie się mniejsza krzywda wszystkim dookoła, gdy poświęcisz ten czas na siebie, niż gdy będziesz ciągle z wywieszonym językiem dbała o wszystkich, tylko nie o siebie. Bo w końcu pękniesz. I zrobisz coś, czego byś nie chciała i czego będziesz żałować.

Nie ma idealnych ludzi, nie ma idealnych kobiet, nie ma idealnych mam. Chociaż różnimy się od siebie podejściem, spostrzeżeniami, poglądami, to każda z nas stara się jak potrafi. Każdej zdarzają się wpadki, każda popełnia błędy i każda oddałaby swoje życie, aby tylko jej skarbom nie stało się nic złego i żeby były szczęśliwe. I to jest w porządku.

Nie uprawiajmy więc samobiczowania i samooskarżania. Nie zapominajmy zadbać też o siebie, bo najszczęśliwsze dzieci, to te, które mają szczęśliwych rodziców.

Polub moją stronę na Facebooku Bałagan w mojej głowie 🙂

4 myśli na temat “Matka (nie)idealna

  1. Aż musiałam wejść na komputer, żeby Tobie odpisać!

    Czytając ten wpis, w pierwszej chwili pomyślałam, że jesteś właśnie jedną z tych mam, które zachwycają swoje dzieci ponad wszystko. Może zabrzmieć to dziwnie, ale ucieszyła mnie Twoja druga połowa tego wpisu.

    Napiszę Ci szczerze, że te idealne mamy przechodzą przez to wszystko tak samo co my – mamy niebojące się do tego przyznać.

    Ja mam dwójkę dzieci: syna – 6 lat i córkę, która za chwilę skończy roczek. Obiecuję Ci (z perspektywy syna), że ten czas, który jest od 1 do 4 lat, minie bardzo szybko i będzie wtedy o niebo lepiej. Mój syn aktualnie przesypia całe noce, sam robi wokół siebie, nawet zaczął już sam na podwórko wychodzić (oczywiście pod moim czujnym okiem z okna). Wkurzam się, bo z córką muszę znów na nowo przez to wszystko przechodzić, ale patrząc na pierwsze dziecko, uspokajam się w duchu. Choć nie ukrywam, że córka temperamencik ma taki, ze z partnerem nieraz zapominamy, jak się nazywamy.

    PS

    Też zdarzało mi się trzasnąć drzwiami i wyjść z cyrku (jak ja to nazywam). 😉 Dzięki za ten wpis!

    Pozdrawiam!

    Polubienie

Odpowiedz na Bałagan w mojej głowie Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s