Pierwsza, wyboista droga mleczna

Byłam przygotowana na wiele rzeczy. Wiedziałam, że końcówka ciąży może być uciążliwa, że poród będzie bolał, wiedziałam, że chcę spróbować bez znieczulenia, żeby zobaczyć JAKIE to jest uczucie. Byłam przygotowana (przynajmniej tak mi się wydawało) na to, co najtrudniejsze. Okazało się jednak, że największa walka, najtrudniejszy bój nie miał nic wspólnego z porodem.

Pierworodny urodził się o czasie, mierzył 52 cm i ważył 2970 g. Maleństwo, wszyscy się śmiali, że szczupły, bo wdał się w tatę. Pierwsze przystawienie do piersi jeszcze na sali porodowej. Śmieszne uczucie. Potem już na położniczym różne osoby podchodziły i doradzały co do karmienia piersią. Różne osoby pytały czy młody ciągnie, myślałam, że tak, pytali czy przełyka, myślałam, że tak. Różne osoby sprawdzały, czy mam pokarm. Bolało. Za każdym razem bolało jak ściskali brodawkę. Ale przecież jeżeli to dla dobra malucha to dam radę. Ostatniego dnia prosiłam, żeby już nie ściskali. Dowiedziałam się, że młody ma cofniętą dolną szczękę, przez co może mieć problemy ze ssaniem, ale jak je, to dobrze to wygląda, a ja mam przecież takie wielkie piersi, że bliźniaki bym wykarmiła. Różne położne, certyfikowana doradczyni laktacyjna pracująca dla szpitala, wszyscy byli zgodni. Jest dobrze. Magii karmienia jeszcze nie czułam, ale ponoć nie czuje się jej od razu.

Wyszliśmy do domu po 2,5 doby. Waga wyjściowa 2720g. Spadek jest, ale wszystko w normie. W domu ulga, łzy wzruszenia, dobrze jest być w domu. Teraz czekał nas cudowny czas z noworodziem 😊 Posiłek młodego trwa godzinę. Po 30 minut przy jednej i drugiej piersi. Spał jak susełek. Nie pamiętam już ile przespał pierwszej nocy ciągiem, ale chyba 6 godzin. Byliśmy z T tacy szczęśliwi, że trafił nam się taki aniołek! Wszyscy przecież mówią, że noworodki nie śpią, a tu taka niespodzianka!

Popołudniu byliśmy umówieni z Panią Małgosią – naszą położną środowiskową, do której szkoły rodzenia chodziliśmy. Pani Małgosia, cudowna, ciepła i pozytywnie szalona kobieta, na widok malucha powiedziała „Darunia, ale co on taki jakiś chudziutki, za chudy jest”. No to się we mnie zagotowało. Szczuplutki po tatusiu przecież! Cholera jasna, co mi będzie baba mówiła, że za chudy, jak on taki piękniusi, malusi, nasz kochany. Rozebrała go, sprawdziła co tam się sprawdza przy noworodziach i ciągnie dalej. „Darunia, dużo skórki ma luźnej, jak Wy się karmicie”. No to zaczęłam opowiadać. Jak ładnie śpi, że je godzinę (tutaj zauważyłam na twarzy Pani Małgosi grymas, ale postanowiłam go zignorować). Zważyła go. Ważył 2660 g. Dalej spadał. To była czwarta dobra życia. To był zły znak. Powinien już nadrabiać, a nie dalej tracić. Pani Małgosia stwierdziła, że trzeba sprawdzić ile on z tej piersi wyciąga. Ubrała go, zważyła i dała mi do piersi. Po 30 minutach, czyli po jednej piersi wzięła go na wagę i zważyła ponownie. Waga pokazała, że Misiek zjadł ZERO gram. Zero. Nic. Null. Nothing. N I C. JAK TO NIC?! Jak to możliwe. „Darusia, czy Ty masz pokarm?!” usłyszałam. „Mam, oczywiście, że mam!” Kurcze, a można nie mieć w ogóle?!

Okazało się, że od urodzenia maluch N I C nie jadł. Ten cudowny, nocny sen, to był tryb oszczędzania energii, który jego mądry organizm włączył, bo był już na wyczerpaniu.

Laktator ręczny był w domu, więc poszedł w ruch. Odciągnęłam ok 30 ml. Daliśmy butlę z mlekiem młodemu. Nigdy tego nie zapomnę. Jego oczy zrobiły się okrągłe jak 5 złotówki. Wciągnął butlę dosłownie na kilka łyków. Łzy miałam w oczach, gardło ściśnięte, a serce rozdarte. Moje dziecko było wygłodniałe. To był jego pierwszy prawdziwy posiłek od urodzenia. Jak to jest możliwe, że nikt tego nie zauważył. Dlaczego ja, MATKA nie wiedziałam, że moje dziecko nie je. Przecież ja, matka POWINNAM WIEDZIEĆ. Muszę być chyba złą matką. Pani Małgosia kazała odciągnąć jeszcze i dać mu znowu, jeżeli coś tam jeszcze mam. Odciągnęłam i daliśmy mu znowu. Zjadł i usnął.

Ustaliliśmy plan działania. Mam odciągać pokarm laktatorem tak, żeby młody dostawał co 2/3h jedzenie, bo ze ssaniem jest coś nie tak, skoro pokarm mam, a on go nie wyciąga. Zanim jednak damy mu butlę mam go przystawiać do piersi, żeby pobudzał laktację. Pani Małgosia poszła, powiedziała, że wróci jutro sprawdzić jak idzie jedzenie i jak z wagą. Nasmarowałam sobie piersi, bo od laktatora mnie bolały. I przystąpiłam do kolejnego odciągania. Coś jednak było nie tak. Pokarm wyciekał górą, bokiem, ale kompletnie NIC nie skapywało do butelki. Zrozpaczona wołam T. Ogląda, patrzy. Rozbiera laktator na części pierwsze. Składa od początku. Znowu to samo. Rozpacz, łzy, histeria. JAK teraz nakarmimy nasze dziecko?! Było już po 22, laktator nie działa, maluch nie ciągnie, a przecież za 1.5h powinien dostać kolejny posiłek. Sklepy zamknięte, ale nie wszystkie! T wsiadł w auto i szybko pojechał do Tesco, po jakikolwiek laktator, żeby było jak odciągnąć pokarm dla młodego. Udało się, znalazł jakiś, słaby był, ale coś tam odciągnął. Młody dostał jeść. Zaczęła się walka o karmienie.

Co 3h w dzień i w nocy odciągałam pokarm metodą 7-5-3, czyli 7 minut jedna pierś, 7 druga, 5 minut pierwsza, 5 druga itd. Po takich 30 minutach trzeba było laktator umyć, wyparzyć. Młody się budził, przystawiałam go do piersi, potem była butla. Wszystko, różnymi kolorami zapisywałam w notesie. Ile i o której był przy piersi lewej, przy prawej, ile i o której zjadł z butli, od której i do której spał. Żeby wiedzieć czy w ogóle coś i ile wyciąga, sami kupiliśmy wagę i ważyliśmy go przed jedzeniem i po jedzeniu. Potem dobowo podsumowywałam ilość wypitego mleka. Młody powoli zaczynał przybierać, ale mleka nie przybywało w takim tempie jak powinno. Po dwóch tygodniach postanowiliśmy skorzystać z pomocy CDL polecanej przez koleżankę. Zadzwoniłam do Pani Doroty Ćwiek , opowiedziałam jej naszą historię i umówiłyśmy się na kolejny dzień. Pani Dorota, kolejna cudowna osoba w naszej historii, zbadała bąbla, popatrzyła na nasze karmienie i przekazała nam smutne wieści. Przede wszystkim młody ma bardzo słaby odruch ssania. Dlatego nie daje rady wyciągać z piersi. Wymaga to konsultacji z neurologopedą. Niestety słabe ssanie ma też tę konsekwencję, że mam mało mleka. Tak, tak, mleka może być za mało w takich sytuacjach. I laktator ręczny, który mamy nie pobudzi nam laktacji, bo po prostu jest na to za słaby. Pani Dorota miała możliwość za kilka dni wypożyczyć nam porządny, dwufazowy (najpierw tryb „ciumkania”, a potem prawdziwe ssanie, czyli udający dziecko przy piersi) elektryczny laktator, albo mogliśmy kupić swój. Do tego trzeba zacząć pić herbatki laktacyjne, preparat ze słodem jęczmiennym i polecała też tabletki homeopatyczne. I chociaż w homeopatię nie wierzę, to byłam tak zdesperowana, żeby to karmienie piersią rozkręcić, że nawet je łykałam. Mąż po pracy poleciał do apteki kupić Medelę Swing (mieliśmy szczęście, bo była promocja i ostatnia sztuka stacjonarnie) i podkręciliśmy tempo.

Nowy plan wyglądał tak, że mam odciągać pokarm w dzień co 1,5 h po karmieniu, najpierw przystawiać młodego na 15 minut do każdej piersi i potem podawać mu odciągnięte mleko. W nocy mogliśmy zostać przy 3h przerwach. Roboty przy tym było masakrycznie dużo, a czasu strasznie mało, ale miałam pomoc. Gdy T był w pracy – moja cudowna mama była z nami. Następnego dnia jednak znowu coś było nie tak. Młody lał się przez ręce, byłam przerażona. Zadzwoniłam do T, że coś nie tak. Wrócił z pracy, spojrzał na Miśka. No wyglądał mizernie. Dzwonimy do Pani Doroty. Podliczamy ile zjada. Zjada za mało. I wtedy padają słowa, których nigdy nie zapomnę „trzeba podać mleko modyfikowane”. MLEKO MODYFIKOWANE?! Przecież to chemia, zło, koniec karmienia piersią, przegrane życie, złe bakterie w przewodzie pokarmowym, zaburzenia jedzenia (to niesamowite ile złego mogą zrobić fora prowadzone przez fanatyków). Rozpłakałam się. „Ale jak to, Pani Doroto, przecież to zakończy karmienie”. Tak, tak, naczytałam się ja jednego z najpopularniejszych blogów prowadzonych przez dziewczynę, która jest uważana za wyrocznię w sprawach karmienia piersią. Chociaż nie jest doradczynią laktacyjną, a jedynie promotorem karmienia piersią. Chociaż nie jest po medycynie, a jest specjalistą komunikacji społecznej i PR. Mimo tych braków jest uważana za guru. I o mleku modyfikowanym wyraża się jasno. To jest ZŁO. Zło i koniec karmienia piersią. Pani Dorota zachowuje spokój. Tłumaczy mi jak to ma wyglądać. Najpierw Misiek do piersi, potem z butli moje odciągnięte, a potem resztę, której brakuje uzupełniamy mm. Psychicznie to była dla mnie masakra. Płakałam i płakałam, że nie umiem wykarmić swojego dziecka. PRZECIEŻ TO MIAŁO BYĆ TAKIE PIĘKNE I NATURALNE!!!!!! Gdzie jest to piękno się pytam do cholery. I co z tą naturą, która przecież wszystko sama powinna ogarnąć…

Po wizycie u neurologopedy, Pani Wioletty Pawlukowskiej miałam zacząć karmić młodego w nakładkach. Okazało się, że nie ma wykształconych odruchów wargowych, które mieliśmy mu pobudzać masażami i przez to nie wytwarza podciśnienia. A bez podciśnienia nie ma jedzenia. Nakładki sprawią, że będzie mu łatwiej wysysać pokarm z piersi, a to go do ssania zachęci. Ale, kurde, przecież nakładki to też jest zło, myślałam sobie, i też oznaczają koniec karmienia.

Walka o karmienie piersią to jest praca zespołowa. U nas to wyglądało tak, że zaraz po przebudzeniu trzeba było młodego zważyć, potem przystawiałam go do piersi.  W tym czasie mąż przygotowywał moje mleko i drugą butelkę z mm. Jak kończyłam karmić on go dokarmiał butlami, a ja szybko zaczynałam ściągać pokarm. Laktator, butle i smoczki po wszystkim trzeba było umyć i wyparzyć. Jedliśmy szybkie śniadanie, jak on wychodził do pracy przychodziła moja mama. Akurat mijało 1,5h od pierwszego cyklu, więc znowu: ważenie – pierś – butla – butla – odciąganie – mycie i wyparzanie. I tak w kółko. Aż do wieczora. Ważenie – pierś – butla – butla – odciąganie – mycie i wyparzanie – przerwa czasem nawet nie 15 minut i ważenie – pierś – butla – butla – odciąganie – mycie i wyparzanie… Młody kolację miał koło 19 i wtedy przerwy wynosiły już 3h, ale rytuał ten sam. Mąż mimo, że chodził do pracy wstawał ze mną, przygotowywał butle, karmił, usypiał, mył i wyparzał. Było cholernie ciężko. Były takie dni, że nie miałam już siły. Czułam się jak krowa, która musi wytworzyć odpowiednia ilość mleka. Nie chciało mi się nawet cycków chować jak teściowa, czy mój tata przychodzili w odwiedziny. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Płakałam dużo. A tekst „nie płacz, bo to szkodzi na laktację” do dziś wywołuje u mnie specyficzny grymas na twarzy. Robiłam wszystko dla laktacji. Piłam herbatki, od których zęby robiły się żółte, piłam ten słód, jadłam dla laktacji, piłam hektolitry wody dla laktacji, łykałam cukierki homeopatyczne dla laktacji, spałam dla laktacji. A mleka bardzo długo było za mało. MM podawaliśmy przez około 3 tygodnie. Dopiero wtedy mój organizm ogarnął, że mleka trzeba więcej. Bez tej jednej butli pracy było niby mniej, ale nie odczuliśmy tego specjalnie. Niestety młody wciąż nie ssał na tyle dobrze, żeby odstawić odciąganie i butle. Nie miałam już sił. Zadzwoniłam do Pani Doroty i powiedziałam jej, że jestem bliska poddania się. Minęły trzy miesiące. 12 tygodni rygoru, liczenia każdej kropli mleka, odgłosu laktatora i przerywanego snu. Praktycznie bez możliwości wychodzenia z domu. Pani Dorota powiedziała, że są hormony, które można brać, ale ich skutki uboczne mnie odstraszyły. Powiedziała, że mogę zaryzykować ostatni sprint. Nastawić się na spędzenie kilku dni w łóżku, z małym u piersi praktycznie non-stop. Może się uda i zaskoczy, ale musimy kontrolować wagę. Zaczęliśmy w którąś sobotę. Bez laktatora, bez butli. Młody wisiał na mnie CAŁY CZAS. Dużo płakał. Bardzo dużo. Ja też płakałam, oj płakałam. Zasypiał na 5/10/20 minut i budził się z rykiem, że głodny. Siedziałam w tym łóżku 5 dni. Plecy mnie bolały, piersi mnie bolały, tyłek mnie bolał. Nie rozumiałam DLACZEGO akurat my mamy tak cholernie ciężko. Z każdym dniem jednak przerwy robiły się coraz dłuższe, młody nie spadł jakoś dramatycznie. Po paru tygodniach odrzucił nakładki i zaczął jeść normalnie.

Karmiliśmy się przez 9,5 miesiąca. Po jakimś czasie poczułam tę magię, o której tyle się czyta. I warto było. Warto było wylać każdą łzę, nie spać, żeby wiedzieć, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby dać młodemu to co najlepsze. Nigdy jednak nie dokonałabym tego sama. Bez Pani Małgosi, Pani Doroty i Pani Wioletty nie miałabym wystarczającej wiedzy, żeby dać radę. Bez męża, mojej mamy i teściowej nie miałabym sił psychicznych i fizycznych, żeby przez to wszystko przejść. I za to będę im wszystkim dozgonnie wdzięczna.

Teraz przemierzam moją drugą drogę mleczną z młodszym synkiem. Jest całkowicie inaczej, po pierwszych nerwowych dniach jest naprawdę pięknie, ale o tym będzie inny wpis 🙂

Jeżeli jesteś ze Szczecina lub okolic polecam serdecznie Szkołę Rodzenia na NFZ prowadzoną przez Panią Małgosię, najlepszą Doradczynie Laktacyjną w regionie Panią Dorotę i wspaniałą neurologopedę Panią Wiolettę.

 

Polub moją stronę na Facebooku Bałagan w mojej głowie
Photo by Luma Pimentele on Unsplash

4 myśli na temat “Pierwsza, wyboista droga mleczna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s