TO sprawiło, że jestem lepszą mamą!

Klikbajtowy tytuł to ponoć sposób na sukces bloga 😀

A tak serio, CO sprawiło, że jestem lepszą mamą? Lepszą mamą dwójki niż byłam jednego dziecka. Czy to jest ogólna zasada i u Ciebie też się sprawdzi? Nie mam pojęcia 🙂 ale napiszę Ci dlaczego tak siebie oceniam i dlaczego tak uważam, i CO TO za cudo tak mnie odmieniło 😉

Jak urodził się starszak mieliśmy ciężki start (klik). Potem dużo lżej nie było, bo weszły rehabilitacje i inne takie przygody. Mimo to, nie byłam w macierzyństwie sama. Mój mąż to mój przyjaciel i cudowny tata dla dzieci, mamy dwie bardzo zaangażowane i pomocne mamy. Miałam więc czas na wyjścia wieczorami, realizowanie swoich pasji, a nawet nicnierobienie. Znacznie więcej czasu spędzałam poza domem niż teraz, znacznie częściej byłam gdzieś bez dziecka niż teraz. I lepiej spałam niż teraz. A jednak w domu czułam się uwięziona. Chciałam wszystko ogarniać i mieć z tego radość, ale nie miałam. Dbanie o dom, pranie (którego wraz z dzieckiem przybyło niesamowicie dużo), przejęcie rachunków i zakupów jakoś mnie w środku cisnęło. Czułam jakbym z przebojowej dziewczyny stała się „kurą domową” i ta funkcja bardzo mi się nie podobała. Do tego te kupy, wychodzące zęby, nieprzespane noce, co chwile wracające katary i dziecko, które zbytnio się sobą samo nie zajmowało… Czułam się uwięziona. Spotykałam się z bezdzietnymi koleżankami, które w tym czasie awansowały, rozwijały się, ich życie wydawało mi się dużo ciekawsze niż moje. No bo co ja mogłam powiedzieć? Mogłam mówić o kolorach kup, rozmiarach ubranek, kolejnych etapach rozwoju dziecka, no i postępach w rehabilitacjach. Do tego nie mogłam po porodzie schudnąć (a ja do drobniutkich nigdy nie należałam, więc naprawdę nie było dobrze), więc czułam się ze sobą i swoim ciałem jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Zazdrościłam mężowi wychodzenia do pracy, jednocześnie czułam się źle z tym jak się czuję i co czuję. Bo przecież chcieliśmy dzieci, przecież miałam pomoc i wsparcie, dostawałam od małego tyle miłości, a dzieci to taki skarb… A jednak… Uśmiechałam się, bo to nie tak, że nie byłam w ogóle szczęśliwa. Oczywiście, że były fajne momenty, było ich dużo tak naprawdę. Ale jak już nadchodził wieczór, jak szłam spać, to jakoś tak nie było mi do końca wygodnie w mojej nowej rzeczywistości, nowej roli. Trochę przepłakałam, trochę przegadałam temat i sama nie wiedziałam do końca o co mi chodzi. Wiedziałam jednak, że nie tak to sobie wyobrażałam.

Czułam, że utknęłam. Zastanawiałam się KIEDY W KOŃCU MOJE ŻYCIE WRÓCI DO NORMY.

Normą życia bez dzieci jest to, że robisz co i kiedy chcesz. I nawet jak już jesteś w związku i rzeczy są uzgadniane to i tak NIC nie przygotuje Cię na to, jak życie zmienia się pod tym względem, gdy pojawiają się dzieci. I ja tu piszę o podstawach, z których nawet sobie nie zdawałam sprawy, póki dziecka nie miałam. Ta „norma” sprzed dzieci już nigdy nie wraca.

Nie sięgasz po telefon kiedy chcesz, bo dziecko lgnie do niego jak ćma do światła i chociaż jeszcze niewiele potrafi, to rączkami próbuje już coś tam poprzesuwać. TV spokojnie też nie pooglądasz. Skrollowanie fejsa kończy się przeważnie nagłym płaczem, bałaganem, lub czymś innym, czym dziecko próbuje zwrócić na siebie Twoją uwagę. Do kibla toalety, też nie możesz iść zawsze kiedy chcesz. Bo karmisz, bo w pieluszce kupa, bo przegapiłaś czas na posiłek i jest ryk itd. Ba, kąpiel bez stresu (i w samotności) to dopiero rarytas. Bo nawet jak dziecko śpi i wiesz, że powinno spać jeszcze X minut, to przez szum wody i tak słyszysz jego płacz. Zakręcasz więc wodę, uf, jest cisza. I tak kilka razy w kółko, aż w końcu pozwalasz sobie na rozluźnienie, kąpiesz się na luzie, zakręcasz wodę…i słyszysz przeraźliwy płacz… W ubrania sprzed ciąży też łatwo wejść nie jest, kilogramy skrzętnie w ciąży uzbierane na jedzeniu za dwoje same nie znikają (jak masz inaczej, to jesteś szczęściarą 😉 ). Jak tylko zasiądziesz do komputera, żeby zrobić coś co wymaga większego skupienia, dłuższej chwili, to przeważnie COŚ się wydarzy, że ciężko jest to dokończyć. A przecież masz wciąż swoje ambicje, chciałabyś mieć czas dla siebie…No i ten mózg. Nie działa tak jak kiedyś. Po porodzie miał wrócić do normy, ale jeżeli karmisz piersią to czujesz, że do tamtej normy wciąż daleko. A jeszcze bądź do tego seksi i dbaj o intymność z mężem. No ja tak sobie tego nie wyobrażałam.

Jeszcze to nieustanne, wszędzie obecne ciśnienie w internecie. Chustujesz – źle, nie chustujesz – nie kochasz. Nosisz, przytulasz i bujasz – przestań, bo przyzwyczaisz, nie nosisz – nie masz serca. Karmisz piersią – źle, karmisz butlą – przegrałaś życie. Smoczek to też samo zło i wszystko zrujnuje. Ogólnie „co byś nie zrobiła, dupa z tyłu” jak mawia moja mama. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką ilością całkowicie sprzecznych informacji, co w macierzyństwie. Jak nie ma się mądrych doradców, to naprawdę można zwariować.

Dzień po tym, jak postanowiliśmy poczekać z rodzeństwem dla młodego, pojawiły się dwie kreski na teście ciążowym. Nie pamiętam co było większe – przerażenie czy ekscytacja. I tak mijały miesiące i maluch pod sercem rósł. Pod koniec ciąży byłam pewna, że z dwójką sobie nie poradzę, że to co zrobiliśmy było po prostu głupie. Głupie, głupie, głupie. Ale nie to, że nie kochaliśmy malutkiego. Oczywiście, że kochaliśmy, wyczekiwaliśmy itd. Niemniej byłam przerażona – myślę, że oboje byliśmy.

Zaczęłam więc szukać sposobów na to, żeby jakoś lepiej ten nasz dom i życie rodzinne ogarniać. Tak też poznałam Panią Swojego Czasu, czyli Olę Budzyńską (jeżeli jej nie znasz to szybciutko klik i klik). Miałam nadzieję, że pomoże mi nauczyć się lepiej zarządzać swoim czasem, czyli po prostu więcej ogarniać. A tu psikus. Zrobiłam kurs, posłuchałam webinarów, poczytałam wpisy i zamiast więcej robić, zaczęłam zmieniać swoje priorytety, swoje podejście do listy rzeczy do zrobienia, wzięłam sobie do serca jej hasło „zrobione jest lepsze od doskonałego”. O ironio, zaczęłam robić mniej, ale bardziej świadomie.

Jak już malutki się urodził okazało się, że przebił brata wagą (o pół kilo) i kilkoma centymetrami (oj czułam to ja podczas porodu, czułam). Był taki malutki, bezbronny, a jednak z tyłu głowy miałam gdzieś myśl, że w porównaniu do młodego po porodzie jest taki duży. Z powodu żółtaczki musieliśmy dłużej zostać w szpitalu, byłam bardzo stęskniona, więc T przyprowadził naszego starszaka do szpitala. Nigdy tego nie zapomnę. Moje dosłownieprzedchwilą maleństwo urosło w moich oczach co najmniej do rangi przedszkolaka, tak mniej więcej trzylatka. A on miał przecież tylko nieco ponad półtora roku! PÓŁTORA roku temu to jego trzymałam na rękach, malutkiego, bezbronnego. A on mi tu teraz biega po sali i pokazuje różne rzeczy. Jak to możliwe? Kiedy to minęło?

Drugorodny zafundował nam stresy całkiem innego rodzaju niż jego starszy brat, ale też nas przeczołgał. Pierwsze dwa miesiące to były głownie szpitale. I tak z ostrym zapaleniem ucha środkowego trafiliśmy do szpitala na prawie dwa tygodnie. Leżeliśmy na oddziale, na którym widziałam tak chore dzieci, że to po prostu przeorało mój umysł. Dzieci, których nie można przytulić, bo boli je dotyk. Dzieci, które mają takie nawroty chorób, że nagle są jak rośliny, aby kilka dni później funkcjonować dość normalnie, a ich rodzice wszystkie osoby z obsługi znają i są z nimi praktycznie po imieniu. Dzieci, których nie da się wyleczyć. Małe bezbronne biedne dzieci. Czym w porównaniu do problemów ich i ich rodziców były nasze przygody? Nasze przejścia? To była kolejna kropla, która drążyła moje serce.

I coś po prostu mi przeskoczyło w głowie. Wyluzowałam, wypuściłam powietrze, nauczyłam się odpuszczać i olewać. Zrozumiałam, że TO WSZYSTKO MINIE. Wychodzące zęby, infekcje, bałagan przy jedzeniu, nieprzespane noce, przebieranie x razy dziennie, niezrozumiały płacz, to wszystko minie. Ale razem z tym miną bezpowrotnie chwile w których to JA jestem najważniejszym człowiekiem dla tej małej istoty. Kiedy mój pocałunekleczy każdy smutek. Kiedy nasze ramiona są lekarstwem na każdy ból. Minie czas, w którym maleństwo będzie cały czas na mnie „wisiało” i jest wielce prawdopodobne, że za tym czasem zatęsknię. Nadejdzie znowu czas, kiedy będę mogła wciągnąć się w książkę, obejrzeć cały film, spokojnie porozmawiać, wyjść i nie myśleć o tym, czy w domu wszyscy żyją, a malucha udało się uśpić tacie/babci/cioci/niani. Dziecko w końcu nauczy się bawić samo i jeszcze będą awantury o przerwaną bez zapowiedzi zabawę.

Przestałam MUSIEĆ sprzątać/gotować/ogarniać/robićTERAZcośconiemożepoczekać.  Przestałam się wkurzać, że chłopaki nie potrafią się sobą zająć. Gdybym mogła cofnąć czas, to znacznie wcześniej bym wiele z tych rzeczy olała. Teraz tak właśnie robię.

To nie tak, że dom zarasta brudem i nie mamy w czym chodzić. Wszystko, co wymaga zrobienia jest robione, ale z większym luzem. Jak na coś nie mam siły to po prostu o tym mówię, zamiast się wściekać, że mąż się nie domyśla, bo powinien widzieć to, czy tamto. Teraz nieprzespane noce męczą, ale jednocześnie są na swój sposób urocze, bo to mój czas z malutkim jeden na jeden. Głaskanie, lulanie, bujanie, bo zęby bolą smuci, ale nie irytuje, a ja cieszę się, że mogę być odpowiedzią na jego potrzeby. Że to nic poważnego. Teraz buduję starszemu budowle z klocków, pozwalam rozwalać, buduję od nowa i się śmieję jak znowu je niszczy, bo wiem, że nadejdzie czas, kiedy będzie budował sam. Teraz na spacerach zatrzymujemy się na dłużej tam gdzie chce na coś popatrzeć, patrzymy na odjeżdżające autobusy, pociągi, szukamy samolotów na niebie, albo obserwujemy robale poruszające się po chodnikach. Bawię się z nimi w głupoty, które sprawiają im radość,  chociaż mi się nie chce. Czytam w kółko te same książeczki i nie toczę bojów o inne, choć  mam ochotę już niektórymi wymiotować. Jestem po prostu bardziej dla nich, niż wcześniej byłam tylko dla starszaka. Myślę, że teraz macierzyństwo to faktycznie „moja kariera„, a nie urlop od pracy w czasie którego chcę zrobić milion rzeczy plus odchować dziecko.

Czy nic mnie nie irytuje? Czy już się nie wściekam? Oczywiście, że tak 🙂 nie cierpię chociażby rozszerzania diety i bałaganu przy tym. Jest cała masa rzeczy, za którymi raczej tęskniła nie będę. Ale wiem, że one wszystkie miną i wraz z nimi przeminą pierwsze lata życia moich dzieci. I nie chcę, żeby to co męczące, wyczerpujące, wnerwiające zepsuło te wszystkie piękne chwile i rzeczy, które dzieci mi dają.
Bo dają znacznie więcej niż mogłam to sobie wyobrazić, ale żeby móc się tym cieszyć musiałam nauczyć się odpuszczać i trochę wyluzować.

Polub moją stronę na Facebooku Bałagan w mojej głowie 🙂
Photo by Lubomirkin on Unsplash

Jedna myśl na temat “TO sprawiło, że jestem lepszą mamą!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s